O "Maczku" historia...

maczek

  Sięgam pamięcią do lat dzieciństwa. Latem, w niedzielne popołudnia Mama zabierała całą naszą podwórkową gromadkę na długie spacery. Wędrowaliśmy miedzami, wśród pól. Z zadartymi głowami patrzyliśmy na skowronki - daleko, na niebie, rozśpiewane, czujnie obserwujące z góry miejsca, gdzie wśród łanu pszenicy ulokowały swoje gniazda. Czuwały teraz nad ich bezpieczeństwem. Robiąc bukiety z polnych kwiatów najchętniej sięgaliśmy po maki, kąkole, chabry-bławatki, rumianki. W bukiecie musiało być też kilka kłosów zboża. Mama pozwalała nam je zrywać, pilnowała jednak, abyśmy sięgali po kwiaty tylko na obrzeżach pola, nie wchodząc w głąb łanu, aby nie niszczyć zboża. W pospolitych kwiatach umiała dostrzec piękno i artystyczny polot Boga, o czym niejednokrotnie nam opowiadała, dając przykłady wprost z przyrody.
  Wiele lat później, na te polne, rozśpiewane skowronkami ścieżki Mama wielokrotnie prowadziła swoją Profesorkę, panią Helenę Kosinę. Pani Profesorka, choć już wówczas całkowicie ociemniała, bezbłędnie potrafiła odgadywać nazwy podawanych jej kwiatów, kierując się tylko dotykiem i ich zapachem. Przytulała je do twarzy, uśmiechała się do nich, była szczęśliwa - Mama opowiadała mi z radością o tych wspólnych z panią Kosiną wyprawach za miasto.
  Gdzieś z tych lat widać przywędrował mały, czerwony maczek. Początkowo był to ex-librys Marii Karoliny, w skrócie: MaK.W., maczek znaleziony w komputerowych obrazkach. Spodobał się także pani Ewie Oklejewicz i na jej życzenie został "wklejony" do pierwszej dedykacji książki "-Przez Krzyż... -Do Nieba.", dla Ojca Świętego - na Dzień Jego urodzin powędrował do Watykanu. I tak maczek przylgnął do naszego Stowarzyszenia: jako symbol. Symbol polskości, miłości, cierpienia.

Barbara Wanielista
lipiec 2003